1/48 Hawker Sea Fury FB.11 – Trumpeter #02844

Metryczka zestawu
- Pełna nazwa zestawu: Hawker Sea Fury FB.11
- Producent: Trumpeter
- Nr katalogowy: 02844
- Liczba i rodzaj elementów: 92 z szarego tworzywa, 8 detali przezroczystych
- Schematy malowań:
- Sea Fury FB.11, VX691, T/130; schemat malowania: spód i powierzchnie boczne — Sky / powierzchnie górne — Dark Sea Grey; brak opisu: jednostki, sektora operacyjnego, oraz informacji o pilocie
- Sea Fury FB.11, VW238, Q/107; schemat malowania: spód — Sky / powierzchnie boczne i górne – Dark Sea Grey; brak opisu — j.w.
Opis szczegółowy
Hawker Sea Fury, stanowiący ukoronowanie linii rozwojowej samolotów Tornado/Typhoon i Tempest, jest konstrukcją zdecydowanie mniej znaną. Głównym powodem jest fakt, że należy on do maszyn, które „spóźniły się na wojnę”. Oblatany w lutym 1945 i wprowadzony do linii w 1947 roku pozostaje w cieniu swych starszych braci. Projektowany jako nieco lżejsza i szybsza, pokładowa wersja doskonałego Tempesta, w krótkim czasie przegrał rywalizację o prymat w Lotnictwie Floty (FAA) z bardziej perspektywicznymi myśliwcami odrzutowymi. Podczas swej krótkiej kariery bojowej w charakterze myśliwsko-bombowego samolotu wsparcia, zdążył jednak wziąć dział w szeregu, historycznie ważnych konfliktów zbrojnych. Startując z brytyjskich i australijskich lotniskowców, atakował cele podczas wojny w Korei. Służąc w barwach Egiptu, toczył zażarte boje w wojnie o Kanał Sueski. W 1961 roku brał udział w obronie Kuby przed inwazją w Zatoce Świń. Choć koncepcyjnie był już reliktem minionej epoki, wykazał swe wysokie walory taktyczne, w operacjach o ściśle określonym charakterze.
Opakowanie
Opakowanie składające się z pokrywy i „wanny”, prezentuje standard, do którego Trumpeter zdążył nas już przyzwyczaić. Solidnie sklejone pudło, wykonane z grubej, warstwowej tektury, mocne i niemal pancerne. Zważywszy fakt, że w tym konkretnym przypadku nie jest wypełnione ramkami po same brzegi, aby coś uszkodzić trzeba by chyba po nim skakać. Duży plus za sposób zabezpieczenia zawartości. Na bocznych ściankach przedstawione zostały dwie sylwetki boczne, ilustrujące oferowane malowania oraz kilka małych zdjęć gotowego modelu. Znajdziemy tu także, mini-wzmiankę dotyczącą historii konstrukcji, równie typową dla Trumpetera (niestety).
Box-art przedstawiający parę pokładowych Hawkerów jest estetyczny, choć moim zdaniem brakuje mu nieco „pazura”, jakim legitymują się tytułowe ilustracje modeli Eduard, Dragon czy Hasegawa. Jednak pokaźnych rozmiarów pudełko z całą pewnością nie zostanie jednak przegapione na sklepowej półce.
Sięgnąwszy do wnętrza, odnajdujemy trzy spore ramki z jasnoszarego tworzywa zawierające około 90 detali, małą ramkę z bezbarwnego plastiku z 8 elementami oraz instrukcję budowy miniatury, planszę barwną i arkusz kalkomanii. Każda ramka posiada własną, zgrzewaną termicznie foliową koszulkę, co skutecznie chroni przed porysowaniem. Zestaw nie zawiera natomiast żadnych dodatków fototrawionych, żywicznych czy winylowych.
Instrukcja
Etapy budowy modelu ilustruje ośmiostronicowa książeczka formatu A4. Pomijając pierwszą, niczego nie wnoszącą stronę, oraz stronę drugą, zawierającą rozrysowanie ramek A-D i kalkomanii, mamy do dyspozycji trzy obustronnie zadrukowane kartki, odpowiadające kolejnym etapom budowy. Rysunki są duże i wyraźne. Czytelność podnosi fakt, że model Sea Fury jest wyjątkowo mało skomplikowany w sklejaniu. To, czego nieodmiennie brakuje mi w instrukcjach Trumpetera, to zręcznie napisanego intro, pokrótce omawiającego historię rozwoju i użycia bojowego pierwowzoru oferowanego zestawu. Pomimo szerokiego dostępu do zewnętrznych źródeł tych informacji, miło byłoby — po otwarciu pudła — wprowadzić się w nastrój stosowny do nadchodzącej, modelarskiej „uczty”.
Osobną kartkę kredowego papieru, zajmuje kolorowa instrukcja malowania. Przedstawia samolot VX691, T/130 w czterech rzutach oraz sylwetkę boczną maszyny VW238, Q/107. Schematy są o tyle interesujące, że prezentują najczęściej stosowane kamuflaże samolotów tego typu. Zdecydowanie atrakcyjny „mundurek” posiada Sea Fury o numerze burtowym „130”, „wyposażony” w czarno-białe pasy identyfikacyjne (IDS). Kolory farb zebrano w niewielkiej tabelce, odnosząc je do wzornika Gunze Mr.Hobby / Mr.Color. Wszystko to wydaje się być w porządku, gorzej niestety jest ze stroną merytoryczną. Wytyczne co do schematów oznaczania samolotów FAA jasno precyzowały, że cyfry i litery kodowe umieszczane na spodzie płatów mają być malowane w opozycji wobec siebie. Oznaczało to, że na spodzie lewego skrzydła podstawa kodu skierowana była w stronę krawędzi natarcia płata, zaś podstawa kodu pod prawym skrzydłem skierowana była w stronę krawędzi spływu. Pasy IDS malowane były w taki sposób, aby dochodziły do dolnej i górnej krawędzi kodu, w żaden sposób nie ingerując w przestrzeń na której kod był naniesiony. Oba te „kanony” łamie ilustracja dołączona do modelu. Jeśli producent skorzystał z jakichś szczególnych materiałów dotyczących tej konkretnej maszyny, w żaden sposób się tym nie pochwalił. Znając jednak skłonność Brytyjczyków do rygorystycznego wręcz egzekwowania wszelkich zaleceń w tym zakresie (nawet podczas WWII), przedstawiony schemat uważam za błędny.
Z kronikarskiego obowiązku nadmienię jedynie, że ani w instrukcji, ani na planszy nie znajdziemy żadnych informacji na temat jednostek czy rejonów operacyjnych, w których użytkowane były obie maszyny. Na podstawie innych źródeł udało mi się ustalić, że samolot „130” służył w 807 Dywizjonie FAA, wchodzącym w skład grupy powietrznej lotniskowca HMS „Theseus”. W latach 1950-53 okręt ten, wraz z lotniskowcami HMS „Triumph”, HMS „Glory” oraz australijskim HMAS „Sydney” (Task Force 95) operował u wybrzeży Korei. Maszyna „130” wykonała w tym czasie wiele misji wsparcia oddziałów lądowych. Niestety nie natrafiłem na wiarygodne informacje o przebiegu służby samolotu z numerem burtowym „107”.
Jakość części
Części odlane są tak, jak przystało na zupełnie nowy model — żadnych nadlewek, żadnych przesunięć. W tym kontekście dziwi nieco pojawiająca się miejscami „skórka pomarańczy”. Co prawda, zjawisko to jest słabo widoczne, ale w ostatnich produkcjach Trumpetera nie było go wcale. Czemu pojawia się tym razem i to na mało skomplikowanych geometrycznie powierzchniach? Linie podziału blach poszycia są równe, delikatne i wgłębne. Podobnie wykonano linie nitów, choć tu sztuczka nie do końca się udała. Moim zdaniem, są one trochę za mocno zaznaczone. Sea Fury produkowano już bez wojennego pośpiechu. Wykończenie powierzchni było niezwykle staranne i — co widać na większości fotografii archiwalnych — nitowania zupełnie nie rzucały się w oczy. Druga uwaga jest taka, że niektóre panele są nitowane tylko z dwóch, lub trzech stron. Wygląda to tak, jakby pozostałe krawędzie danego panelu, miały się trzymać „na słowo honoru”. Dla osiągnięcia właściwego efektu, trzeba by prawie wszystkie nity zaszpachlować i potraktować nitowadłem. Nie bardzo jednak wyobrażam sobie taką czaso- i pracochłonną operację. Nie pozostaje chyba nic innego, jak „zamaskować problem” umiejętnym malowaniem i/lub cieniowaniem modelu.
Elementy „szklane” — czyste i przejrzyste, co cieszy. Osłona kabiny wymagać jednak będzie zeszlifowania i wypolerowania paskudnego szwu, biegnącego wzdłuż osi podłużnej. Uwzględniając geometrię „bąbla” limuzyny, efektu tego można było chyba uniknąć? Cóż, trudno. Ramy osłon — jak w poprzednich zestawach Trumpetera — posiadają nieco inną, matową fakturę. Takie rozwiązanie zdecydowanie poprawia komfort pracy podczas maskowania i malowania i zaliczam je na plus. Jedynym beznadziejnym detalem na bezbarwnej ramce, jest celownik. Do kosza i zapominamy! Bez komentarza.
A jak się przedstawia składalność miniatury? W dwóch słowach: zdecydowanie dobrze. Części pasują do siebie bez większych problemów i użycie szpachlówki nie powinno być konieczne. Zestaw jest dobrze zaprojektowany pod względem ergonomii, co umieszcza go w kategorii stopnia trudności, na pozycji — łatwy. Ta część pracy producenta, również do zapisania na plus.
Wierność odwzorowania
Ponieważ Sea Fury był w całości maszyną metalową, nie doszukamy się zatem zróżnicowania powierzchni. Wszystkie sekcje mają identyczną fakturę, co jest jak najbardziej uzasadnione. Jak wspomniałem, był to także samolot wykonany z dużą dbałością o gładkość poszycia, nie dziwi zatem brak wystających paneli czy wzmocnień.
Z pewnością bardziej zainteresują nas fragmenty „ruchome”. Piszę to nieco na wyrost, gdyż zestaw nie posiada żadnych zawiasów, osi czy zaczepów umożliwiających rzeczywiste „uruchomienie” elementów. Niemniej jednak, jako osobne detale wykonano lotki, ster kierunku i — co ucieszy wielu modelarzy — składane fragmenty płatów.
Mechanizmy składana skrzydeł przedstawiono co prawda w niezwykle ubogiej formie, ale od czego w końcu jest własna inwencja twórcza. Innym ciekawym, acz dość tajemniczym rozwiązaniem, jest przedstawienie osłony silnika z oddzielnymi panelami dostępowymi. Tajemnicze — ze względu na fakt, że w zestawie nie znajdziemy żadnych części umożliwiających budowę repliki silnika, ani jego instalacji. Kompletna pustka!
Jeśli Trumpeter miał zamiar podążyć ścieżką Eduarda (Fw 190A), lub Zvezdy (Ła-5FN), to pracy nie dokończył. Przyjdzie nam obejść się smakiem, po prostu doklejając panele w pozycji zamkniętej. Ewentualnie można wykorzystać to rozwiązanie po wcześniejszym zaopatrzeniu się np. w żywiczną miniaturę silnika Bristol Centaurus.
Zgodność wymiarowa
Jak w przypadku wielu, zdawałoby się dość znanych konstrukcji, tak i w odniesieniu do Sea Fury natrafimy na znaczne problemy z wiarygodną dokumentacją. O ile bohater Bitwy o Anglię — Hurricane — jest bardzo dobrze udokumentowany, Typhoon — przyzwoicie, Tempest — dość słabo, o tyle ostatni z rodziny „wojennych” Hawkerów — najgorzej z wyżej wymienionych. Bazując jednak na tym co jest dostępne, bryłę Sea Fury w ogólnym zarysie i pomniejszych szczegółach, należy uznać za bardzo dobrą. W zasadzie nie znalazłem żadnych istotnych odstępstw, co oznacza duży plus chińskiej miniatury. Jedynym wykrywalnym wprost błędem wymiarowym modelu, jest zbyt długi i spiczasty kołpak śmigła. Niestety, dość wyraźnie zaburza to proporcje płatowca. Kołpak sam w sobie był ogromny i aby efekt naszej pracy nie został zniekształcony, musimy skrócić go o ok. 2 mm, jednocześnie poprawiając krzywizny przekroju wzdłużnego.
Innym kardynalnym błędem, nie mającym jednak związku z zasadniczą bryłą płatowca, jest wielkość dodatkowych, podwieszanych zbiorników paliwa. Ich kształt jest w miarę prawidłowy, ale… są prawie dwukrotnie większe (w sensie objętości) od tego, czego można się było spodziewać. Śladem wspomnianego celownika, należy je wysłać najkrótszą drogą do kosza. Jeśli dysponujemy zamiennikiem (np. od późnego Tempesta), możemy ukoić nasz ból. Jeśli nie, cóż — konfiguracja gładka też ma swoje uroki. Czyż nie?
Wyposażenie
Prawdę powiedziawszy, w niniejszej recenzji najchętniej przemilczałbym tę część opisu. Drobne detale wyposażenia są bowiem bezwzględnie najsłabszym punktem modelu Sea Fury. Dla porządku zaznaczę jedynie, że jest to wyłącznie moja ocena, jak najbardziej subiektywna.
Kokpit składa się z zaledwie kilku elementów, bardzo uproszczonych i niosących błędy merytoryczne. Prawie płaska tablica przyrządów, gruby drążek sterowy, fotel o „aparycji” kuchennego krzesła, stanowczo zbyt płytka „wanna” kokpitu z bocznymi panelami przyrządów (o błędnej konfiguracji), koszmarny orczyk oraz struktura burt kabiny, oddana na wewnętrznej stronie połówek kadłuba w formie przypominającej więzienną kratę. Do tego dochodzi płyta pancerna za głową pilota odlana razem z zagłówkiem, przy czym zarówno zagłówek jak i płyta mają zły kształt. Jedynym detalem, który można uznać za udany, jest półeczka za plecami pilota. Modelarzy planujących wykonać model „prosto z pudła”, uratuje fakt, że praktycznie całe wnętrze malowane było na czarno. Po jedynie delikatnym przetarciu krawędzi, niewiele ze wspomnianych wad będzie widocznych… i całe szczęście.
Wnęki podwozia to solidny element dobrze pasujący do pozostałej bryły modelu. I tyle. Ich wewnętrzna faktura jest prosta jak budowa cepa i znów nasuwa skojarzenia ze wspomnianą już kratą. W tej sekcji bronią się jedyne golenie i mechanizmy ich składania. Koła odlane wraz z felgami, przyjmuję jako w miarę poprawne choć bez finezji. Można to jednak lekko nadrobić zręcznym malowaniem, obejdzie się więc bez histerii. Dziwi sposób wykonania kółka ogonowego, stanowiącego wspólny detal z golenią. Biorąc pod uwagę jego rozmiary oraz skalę 1/48 — trochę wstyd.
Zaproponowane elementy podwieszenia, to wspomniane zbiorniki paliwa oraz prowadnice z niekierowanymi pociskami rakietowymi, które w kontekście powyższego, określmy jako dobre. Detale mechanizmu składania skrzydeł maksymalnie uproszczone i bardzo dalekie od rozwiązania zaproponowanego choćby przez Tamiyę w modelu F4U-1.
Podsumowując „drobnicę” — bardzo przeciętne wykonanie. Da się jakoś „ogarnąć” i ździebko zamaskować malowaniem. Gdybym opisywał zestaw któregoś z mniej utytułowanych producentów, uznałbym że detale są w miarę przyzwoite. Od Trumpetera wymagam jednak znacznie więcej. W stosunku do wydanego uprzednio, bardzo dobrego modelu MiG-3, wyposażenie Sea Fury jest niestety krokiem w tył.
Kalkomanie
Arkusz kalkomanii ma pokaźne rozmiary, głównie za sprawą pasów IDS. Główne błędy merytoryczne dotyczące rozmieszczenia kodów i pasów opisałem powyżej. Na szczęście, wątpliwy kod i numer seryjny (ten rzekomo ukryty pod pasami identyfikacyjnymi — VX691) został wydrukowany w całości, jako osobny element. Daje nam to możliwość umieszczenia go we właściwej pozycji, po wcześniejszym wycięciu odpowiedniej przestrzeni w pasach IDS przewidzianych dla dolnej powierzchni prawego płata.
Kolejne elementy graficzne umieszczone na arkuszu, to oznakowania przynależności państwowej. Otrzymujemy dwa rodzaje znaków: dla samolotu „107” — kokardy nowego typu na skrzydła, kadłubowe kokardy starszego typu (z żółtą obwódką) przeznaczone dla powierzchni ciemnych oraz „ogonowe” Fin Flashe. Dla samolotu „130” — kokardy nowego typu na wszystkich sześciu pozycjach, bez Fin Flasha. Wszystko byłoby OK, gdyby nie zbyt jasny odcień użytej w znakach czerwieni. Innym problemem, którego należy się spodziewać, jest prześwitywanie czarnych pasów IDS spod naniesionych na nie kokard (górne powierzchnie skrzydeł) i oczywiście rosnąca grubość tak powstałej „konstrukcji”. Całości dopełniają numery taktyczne obu maszyn oraz imitacje znaków producenta śmigła, umieszczone na łopatach. Te ostatnie zdecydowanie nieudane.
Wykonanie pasów IDS w postaci kalkomanii jest rozwiązaniem mocno kontrowersyjnym. Nie jest to jednak uwaga do Trumpetera, który jedynie umożliwił nałożenie wszystkich elementów graficznych. Teoretycznie mniej doświadczeni koledzy, obawiający się samodzielnego malowania pasów, chętnie skorzystają z tej możliwości. W praktyce jednak prawidłowe i estetyczne naklejenie tak dużych fragmentów kalkomanii nie jest zadaniem łatwym.
Jak zatem przedstawia się użyteczność kalkomanii dołączonych do modelu? Jeśli podejdziemy do zagadnienia z pozycji obecnych standardów modelarskich i dokonamy samodzielnego malowania pasów IDS, wymiany kokard na posiadające prawidłową kolorystykę oraz wyrzucimy do kosza zwyczajnie brzydkie logo producenta śmigła, to… pozostaną nam jedynie kody i numery seryjne oraz taktyczne obu samolotów.
Zestawy uzupełniające / korygujące błędy zestawu
Ponieważ model Hawker Sea Fury jest nowością ostatnich tygodni, dedykowanych zestawów uzupełniających (jakże potrzebnych) możemy się dopiero spodziewać. Biorąc pod uwagę wyżej wymienione braki i uproszczenia chińskiego produktu, pole do popisu dla Eduarda, Parta, Airesa, CMK oraz innych potentatów, jest ogromne. Póki co, osiągalne są jedynie nieliczne dodatki do starego zestawu Hobbycraft:
- Cutting Edge (CEC48341) — Tempest/Sea Fury Seat with Harness
- Cutting Edge (CEC48346) — Sea Fury Super Detailed Cockpit
- Cutting Edge (CEC48360) — Sea Fury Exterior Detail Set
a także zestawy o charakterze „neutralnym”, których użycie w budowie niniejszej miniatury jest z całą pewnością możliwe:
- Squadron (9511) — Hawker Sea Fury Vacu Canopy
- Falcon (0131) — RAF Fighters, WWII Vacu Canopy Set
- True Details (48041) — Hawker Sea Fury Wheels
Znacznie lepiej przedstawia się sytuacja w przypadku kalkomanii. Na przestrzeni minionych lat ukazało się wiele arkuszy pozwalających na wykonanie modelu nie tylko w barwach FAA, ale również innych użytkowników, jak: Australia, Kanada, Holandia, Egipt, Pakistan, Kuba, a nawet Birma. Oto kilka przykładów.
- Aeromaster Decals (48-702) — Sea Fury Part I
- Aeromaster Decals (48-703) — Sea Fury Part II
- Aeromaster Decals (48-712) — Sea Fury Part III
- Aeromaster Decals (48-713) — Sea Fury Part IV
- Eagle Strike Decals (48105) — Sea Fury Collection Part I
- Xtradecal (X48061) — Hawker Sea Fury FB.11
Podsumowanie
Model Sea Fury wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Chciałbym wystawić mu równie pozytywną ocenę jak tę, której bohaterem był zeszłoroczny „starszy brat” — MiG-3. Niestety, nie mogę tego uczynić. Po długich latach oczekiwania w nasze ręce trafia wreszcie model o bardzo dobrym kształcie (za wyjątkiem kołpaka), przyzwoicie oddanej powierzchni, umożliwiający budowę miniatury ze złożonymi skrzydłami. Są to ewidentne plusy, uwalniające od pracochłonnych i nie rokujących szans na pełny sukces, przeróbek starego Hobbycrafta.
Równocześnie jest to propozycja zawierająca szereg błędów, poważne uproszczenia detali i mało użyteczne kalkomanie. Wszystko to zmusi nas do bardzo poważnych ingerencji własnych i/lub inwestycji w liczne i drogie dodatki. Ostatnim mankamentem modelu jest jego cena. W porównaniu do bardziej zaawansowanego technologicznie zestawu MiG-3, jest ona niemal dwukrotnie wyższa! Jej poziom jest porównywalny z ceną Wyverna tegoż producenta, legitymującego się ponad 220 elementami montażowymi.
Oczywiście ilość detali nie przekłada się wyprost na cenę, niemniej jednak porównanie jakości do ceny chińskiego Hawkera z np. Fw 190 Eduarda (o Ła-5FN Zvezdy nie wspominając), wypada bardzo niekorzystnie dla produktu Trumpetera. Zasadnym wydaje się więc ostatnie pytanie: czy pieniądze wydane na zakup tego modelu uważam za wyrzucone w błoto? Nie, nie uważam. Czekałem długo na pojawienie się dobrej miniatury tego „potwora morskiego” i moja cierpliwość została nagrodzona. Niemniej jednak, w świetle wszystkich przedstawionych uwag, nie mogę oprzeć się uczuciu niedosytu, a może nawet lekkiego rozczarowania.
Literatura:
- Kev Darling Hawker Sea Fury, Warbird Tech Series #37, Specialty Press, 2002
- Kev Darling Hawker Typhoon, Tempst & Sea Fury, The Crowood Press, 2003
- Ron Mackay Hawer Sea Fury, In Action #117, Squadron/Signal Books, 2003



































