1/48 Nakajima Kikka – Fine Molds #FB10

Metryczka zestawu
- Pełna nazwa zestawu: Nakajima Navy Special Attacker Shisei Kikka
- Producent: Fine Molds
- Nr katalogowy: FB10
- Liczba i rodzaj elementów: 59 z szarego tworzywa, 1 przezroczysty, metalowa śruba
- Schematy malowań:
- malowanie prototypu z okresu pierwszego lotu próbnego; pilot: komandor-porucznik Susumu Takaoka; Baza Powietrzna Marynarki w Kisarazu; sierpień 1945 r.; spód: szary (IJN Gray), góra: ciemnozielony (IJN Green),
- białe „724-12”; malowanie hipotetyczne 724 Grupy Powietrznej; październik 1945 r.; spód: naturalna barwa aluminium, góra: ciemnozielony (IJN Green).
Uwagi: Pod oznaczeniem FB10SP producent oferuje także identyczny model, wzbogacony o elementy repliki silnika wykonane z białego metalu i żywiczny węzeł jego mocowania do płata.
Opis szczegółowy
Wprowadzenie
Wiosną 1944 roku, w obliczu kolejnych niepowodzeń militarnych, sztab Cesarskiej Japońskiej Marynarki Wojennej ponownie owładnięty został ideą nowej Cuszimy — decydującej bitwy z „białymi diabłami”, w której siły ich miały być rozgromione i unicestwione jednym, nokautującym ciosem. Pułapkę zastawiono w rejonie wysp Palau i Zachodnich Karolinów. Nieszczęściem dla Japończyków amerykańska machina wojenna, nie miała zamiaru dopasowywać się do planów przygotowanych przez przeciwnika. Potężna flota pojawiła się w rejonie Marianów, inicjując starcie, które przeszło do historii jako Bitwa na Morzu Filipińskim. 19 i 20 czerwca ’44, kolejne fale japońskich samolotów, rozbiły się w ogniu myśliwskich partoli bojowych lotniskowców US Navy (zwanych przez Amerykanów „mielarką Hellcat-ów”). Walki wykazały, że japońskie lotnictwo pokładowe i bazowe nie posiada już możliwości skutecznego rażenia, zespołów uderzeniowych lotniskowców wpieranych przez liczne okręty artyleryjskie. Nawet najnowocześniejsze typy maszyn (B4Y Susei, B6N Tenzan, czy B7A Ryusei), pilotowane przez coraz młodsze i coraz mniej doświadczone załogi, nie były w stanie sprostać zadaniu. Koniecznym zatem stało się opracowanie konstrukcji, zdolnej skutecznie przeniknąć pierścień obrony wielkich okrętów przeciwnika. W takich właśnie okolicznościach narodził się projekt szybkiego bombowca Nakajima J9Y Kikka (Kwiat pomarańczy). W dość powszechnym mniemaniu, samolot ten był klonem niemieckiego Messerschmitta Me-262. Nie do końca jest to prawdą. Niemal dokładną kopię wielozadaniowego myśliwca Schwalbe, stanowić miał samolot Nakajima Ki-201 Karyu (Ognisty smok). Konstrukcja Kikki wykorzystywała natomiast jednie ogólną koncepcję aerodynamiczną niemieckiego odrzutowca. Była znacznie mniejsza i lżejsza. Samolot zoptymalizowano do misji uderzeniowych, pozbawiając go wszelkiego uzbrojenia strzeleckiego. Zadania Kikki polegać miały wyłącznie na błyskawicznym ataku i równie szybkim powrocie po kolejny ładunek bomb. Głównej obrony przed defensywnymi akcjami alianckich myśliwców, upatrywano w dużej prędkości lotu, szacowanej na ok. 690-710 km/h. Ochronę na ziemi, zapewnić miała instalacja składania skrzydeł, dla „hangarowania” w licznych grotach i tunelach baz lądowych oraz lotnisk polowych na wulkanicznych wyspach Pacyfiku. Prototyp J9Y wzbił się w powietrze zaledwie dwa razy ( 7 oraz 11 sierpnia 1945 r.). Dalsze prace testowo-rozwojowe przerwało jednak podpisanie kapitulacji.
Opakowanie
Ilustracja tytułowa przedstawia scenę żywcem wziętą z nielicznych fotografii archiwalnych — start prototypu do swego dziewiczego lotu. Pudełko do złudzenia przypomina opakowania Hasegawy lub Fujimi. Jest estetyczne i poprawne konstrukcyjnie, choć nieco wiotkie. Ponieważ jednak w stosunku do zawartości jest również relatywnie obszerne, nie powinniśmy specjalnie martwić się o bezpieczeństwo umieszczonych w nim składników modelu. Do tych ostatnich, należą: cztery ramki z jasno-szarego tworzywa, ramka z detalem bezbarwnymi (osłona kabiny), instrukcja, arkusz kalkomanii oraz dopełniająca obrazu metalowa śruba (stanowiąca obciążnik nosa modelu). Szare ramki zapakowane zostały we wspólną, zgrzewaną termicznie foliową torebkę. Rozwiązanie takie, dość typowe dla zestawów połowy lat dziewięćdziesiątych, delikatnie mówiąc nie jest szczytem marzeń. Przekonujemy się o tym podczas „inspekcji” poszczególnych detali. Ruch czterech ramek względem siebie, powoduje niestety liczne (choć niezbyt głębokie) zarysowania głównych powierzchni kadłuba i płatów.
Pewne drobne wątpliwości natury semantycznej budzi napis tytułowy, a mianowicie — Special Attacker. W nomenklaturze zachodniej przyjęło się bowiem, jednoznacznie odnosić to określenie do specjalnych jednostek uderzeniowych, czyli Kamikaze. Tezę tę zdaje się potwierdzać również zaproponowane malowanie 724 Grupy Powietrznej, będącej taką właśnie formacją. Konstrukcja z całą pewnością nie powstawała jednak z myślą o takim właśnie zastosowaniu (jak to miało miejsce w przypadku choćby Ki-115 Tsurugi). J9Y był samolotem w całości wykonanym z deficytowych materiałów konstrukcyjnych, wymagał także wysokich umiejętności od swych przyszłych pilotów. Moim zdaniem, kompilacja wysokich technologii i umiejętności, stawia Kikkę na końcu szeregu maszyn przeznaczonych do operacji „jednorazowych”. Nie zmienia to faktu, że w sierpniu 1945 r. wszystko co było w stanie wzbić się w powietrze, stawało się murowanym kandydatem do roli latającej bomby. Z tego punktu widzenia, nazwę produktu możemy uznać za poprawną.
Instrukcja
Instrukcję budowy miniatury, stanowi ośmiostronicowe, dobrze przemyślane opracowanie. Po zaledwie kilku standardowych uwagach natury ogólnej, w połowie pierwszej strony natrafiamy na rozrysowanie wstępnego etapu budowy — montażu wnętrza kokpitu. W kolejnych siedmiu, logicznie ułożonych odsłonach, przechodzimy wszystkie fazy montażu, aż po ostatnie uzupełnienia, jak zabudowanie: masztu antenowego, rurki Pitota, czy dyszy Venturiego. Wszystkie zamieszczone rysunki są czytelne i nie budzą wątpliwości.
Kolejna strona ilustruje oba proponowane schematy malowania. Lista farb przedstawiona została w oparciu o paletę Gunze Sangyo Mr.Colour.
Strony 6-8, to obszerny opis historii rozwoju maszyny oraz silników odrzutowych Ishikawajima Ne-20. Teoretycznie, fakt ten należałoby przyjąć z dużym zadowoleniem (w kontekście niewielkiej ilości materiałów monograficznych). Niestety, całość opracowania wydrukowana została wyłącznie w języku japońskim, czyli przy użyciu tzw. „krzaczków”. Skutecznie pozbawia nas to możliwości poszerzenia skromnej wiedzy o ciekawej konstrukcji. Niestety, „przypadłość” ta jest charakterystyczna dla wszystkich modeli Fine Molds.
Jakość części
Model, który trafił w moje ręce, datowany jest na 2002 rok. Nie należy on jednak do pierwszych serii produkcyjnych i powstanie samego zestawu, oceniam na minimum połowę lat dziewięćdziesiątych. W związku z powyższym, jakość części nie jest już „nieskazitelna”, choć nadal uznać ją należy za dobrą. Pewne zużycie form, objawia się drobnymi nadlewkami i miejscowymi zadrapaniami powierzchni. Sytuacja zmusi nas zatem do delikatnego przeszlifowania niektórych miejsc, ale ze względu na niewielki stopień uciążliwości tego zjawiska, pracę możemy potraktować jako standardowy element przygotowania do montażu. Gdzieniegdzie pojawiają się też bardzo płytkie jamki skurczowe. Ponownie konieczne będzie użycie papieru ściernego, a może nawet niewielkiej ilości szpachlówki. Nie natrafimy natomiast na efekty przesunięcia form, czy braki wypełnienia tworzywem. Innymi słowy, wszelkie opisane powyżej wady, są dość łatwe do usunięcia i nie powodują konieczności istotnych korekt kształtu.
Elementy przygotowane do montażu, sprawiają wrażenie żywcem wziętych z zestawów Dragona lat dziewięćdziesiątych. Podobieństwo to dotyczy (niestety) również „składalności”. Wzajemne dopasowanie detali głównej bryły płatowca nie przedstawia się bowiem tak dobrze, jak można by oczekiwać na pierwszy rzut oka. Przymiarka „na sucho” stateczników poziomych (mają silną tendencję, do samoistnego odrywania się od ramek) wykazuje, że linie styku obu elementów z ogonową sekcją kadłuba, wymagać będą wypełnienia. Użycie pewnej dozy szpachlówki, przeszlifowanie i ponowne wytrasowanie linii podziału, jest nieuniknione. Podobne przygody staną się naszym udziałem także w innych, newralgicznych miejscach, jak: połączenie kadłuba, czy gondoli silnikowych z płatem. W tym ujęciu, zdecydowanie najgorzej prezentuje się dopasowanie przedniego luku podwozia do połówek kadłuba. Czeka nas sporo pasowania i szpachlowania. Na szczęście, w gotowej miniaturze fragment ten jest mało widoczny. Zestaw J9Y dowodzi, że całkiem nieźle prezentujące się „optycznie” detale, mogą nas czasem niemile zaskoczyć podczas montażu. Nie oznacza to, że zestaw jest zły. Nie będzie to jednak „spacerek po parku”.
Jedyną częścią wykonaną z przezroczystego plastiku jest osłona kabiny. Producent zaoferował ją w postaci nie dzielonej. Jej czystość i przejrzystość nie budzą wątpliwości, choć znacząca grubość ścianek, z całą pewnością zniechęci wielu modelarzy do samodzielnego rozdzielenia wiatrochronu i limuzyny.
Wierność odwzorowania
Odzwierciedlenie powierzchni samolotu, jest — moim zdaniem — silnym punktem miniatury. Ponieważ Kikka była niemal w całości maszyną metalową, nie natrafimy na zdecydowane zróżnicowanie faktury pokrycia. W zasadzie, jedynym „innym” materiałem pokryciowym, jest płótno na lotkach i sterach. Element ten został oddany bardzo delikatnie. Pozostałe fragmenty poszycia, obfitują natomiast w wypukłe imitacje pokryw luków inspekcyjnych (szczególnie górne powierzchnie płatów), a także szereg okuć i wzmocnień.
Wizualnie prezentuje się to bardzo dobrze. Wszelkie linie podziału, zostały wykonane jako wklęsłe. Są one równe i delikatne, a co ważniejsze — dobrze trafiają na siebie po połączeniu odpowiednich detali. Jak można się było spodziewać po zestawie sprzed circa 10-12 lat, nigdzie nie znajdziemy imitacji nitowania. Zwolennicy takiego odzwierciedlenia konstrukcji, zmuszeni będą użyć nitowadła. Wszelkie przykręcane pokrywy, posiadają natomiast wklęsłe imitacje śrub mocujących.
Zgodność wymiarowa
W tym miejscu pojawił się problem, którego nie udało mi się do końca przeskoczyć. Kikka jest bowiem wyjątkowo słabo udokumentowanym statkiem powietrznym. W tej sytuacji, zweryfikowałem jedynie główne wymiary płatowca oraz ogólną geometrię bryły. Długość maszyny (9,25 m) oraz jej rozpiętość (10 m), po przeliczeniu na skalę, powinny wynosić: 19,27 cm / 20,83 cm. Pomiar elementów modelu, wykazuje odpowiednio: 19,22 cm / 20,70 cm. Błąd na poziomie ok. 0,5% jest pomijalny i dobrze świadczy o pracy wykonanej przez producenta. Porównanie geometrii bryły z nielicznymi szkicami i rysunkami samolotu, wypada równie pozytywnie. Podczas procesu tworzenia wcześniejszych modeli, Fine Molds często korzystał (co podkreślano), z możliwości weryfikacji w oparciu o egzemplarze muzealne. Jeśli i tym razem zastosowano podobną metodę (samolot stanowi eksponat muzeum NASM w Silver Hill, Maryland), możemy spokojne uznać zgodność wymiarową, za bardzo dobrą.
Wyposażenie
Już w pierwszym etapie budowy – montaż wnętrza kabiny – trafia w nasze ręce grupka 11 detali odpowiedzialnych za wygląd tej sekcji. W odróżnieniu od obecnie stosowanych standardów, kokpit nie stanowi integralnej „klatki” wklejanej w kadłub. Boczne ścianki kabiny, odzwierciedlono bowiem bezpośrednio po wewnętrznej stronie połówek kadłuba. Jakość tego odzwierciedlenia, jest jednak bardzo wysoka. Wszelkie wzmocnienia, nitowania, panele, czy okablowanie wykonane zostały niezwykle czysto i delikatnie. Są one najzwyczajniej w świecie — ładne. Staranne malowanie jest wszystkim, czego tu potrzeba.
Podobnie przedstawia się sytuacja, w przypadku podłogi kokpitu, tylnej wręgi z elementami mocowana fotela oraz samego fotela. Inne, drobiazgi jak: drążek sterowy, orczyki, czy moduł przepustnicy, prezentują dobry poziom wykonania. Jedynym elementem, który nieco odstaje od pozostałego wyposażenia wnętrza, jest wręga z tablicą przyrządów. Choć tablica posiada pewne zróżnicowanie faktury, tarcze zgarów są całkiem płaskie. Producent proponuje ich wypełnienie kalkomaniami. Jest to rozwiązanie, które jakoś nigdy mi nie odpowiadało. Z całą pewnością przydałaby się fototrawiona imitacja tablicy. Niestety, żaden z twórców tego typu wzbogacaczy, nie zainteresował się modelem Kikki. Inna sprawa, że wszystkie wyżej opisane drobiazgi, będą stosunkowo słabo widoczne za sprawą dość grubej, jednoczęściowej osłony kabiny, posiadającej na domiar złego, bogate ożebrowanie.
Inny typ wyposażenia stanowi komora podwozia przedniego z umieszczonym na niej uchwytem dla śruby-obciążnika. Faktura wnętrza komory jest ładna i wrażenie to psuje jedynie, centralnie usytuowany ślad po wypychaczu. Ślad jest trudno usuwalny i chyba lepiej po prostu go zamalować, biorąc pod uwagę, że w gotowym modelu „dna” komory właściwie nie widać. Sposób obciążenia nosa modelu za pomocą dokręconej śruby, jest interesującym pomysłem. Jak dotąd, nie spotkałem się jeszcze z podobnym patentem. Niestety, na zainteresowaniu się kończy. Pomny negatywnych doświadczeń z firmowymi ciężarkami w modelach różnych producentów, postanowiłem zawczasu wyważyć model złożony „na sucho”. Wnioski: masa obciążnika stanowi ok. 60% tego, co być powinno. Problem niewielki, bo nos modelu jest dość pojemny i swobodnie zmieścimy w nim dodatkowe obciążenie. Zdumiewa mnie jednak, jak projektanci obliczają niezbędne masy, że niemal zawsze jest za mało? Jakaś inna fizyka, czy co?
Koła i golenie podwozia prezentują się całkiem dobrze i jedyne czego w nich brakuje, to odzwierciedlenia ugięcia statycznego. Podwozie główne Kikki zostało oryginalnie zaadoptowane wprost ze słynnego A6M Zero, co ułatwi nam ew. wzbogacenie o dodatkowe instalacje. Warto wspomnieć, że wszelkie detale montowane symetrycznie w modelu (golenie, koła, stateczniki poziome), posiadają odmiennego kształtu elementy ustalające. Oznacza to, że w praktyce nie sposób omyłkowo wkleić ich po niewłaściwej stronie. Kolejne drobne elementy, to wloty i wyloty silników odrzutowych. Z technicznego punku widzenia, zostały wykonane poprawnie, a sposób ich zaprojektowania zdecydowanie ułatwi malowanie struktury wewnętrznej. Gorzej, że przekrój poprzeczny wlotów do silnika, nie jest całkowicie zbieżny z przekrojem osłon bocznych na linii styku obu sekcji. Ponownie stajemy oko w oko z koniecznością dopasowywania, szpachlowania i szlifowania gondoli silnikowych, aby to jakoś wyglądało.
Ostatnia grupa drobnicy, odpowiada za elementy zewnętrzne. Wszelkie anteny, osłony, itp. są poprawne i nie wymagają nawet specjalnie intensywnej obróbki przed wklejeniem i malowaniem. Możemy jedynie lekko zeszlifować zewnętrzne i wewnętrzne powierzchnie osłon podwozia, dla „zwiększenia finezji”. W tym miejscu warto napomknąć, że zgodnie z materiałem histograficznym, podczas obu lotów próbnych osłona podwozia przedniego nie była zamontowana. Powinniśmy zatem uwzględnić tek fakt, wykonując miniaturę w barwach prototypu. Ciekawym elementem zestawu jest para rakietowych silników wspomagających start: „Type 4” 1-Go Model 20 (system RATO). Zostały one użyte podczas drugiego lotu testowego, a ich nieprawidłowe funkcjonowanie stało się przyczyną lądowania awaryjnego i uszkodzenia prototypu. W takim właśnie stanie, maszyna została przejęta i wywieziona do USA.
Reasumując: wyposażenie modelu, choć niezbyt liczne, jest poprawne i dobre jakościowo. Tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju. W jaki sposób instalowane miało być uzbrojenie bombowe? Nawet w przypadku maszyn przeznaczonych do misji samobójczych, trudno sobie wyobrazić atak nieuzbrojonym samolotem. Skuteczność takiego ciosu byłaby mocno wątpliwa, a marnotrawstwo potworne, nawet jak na tragiczną sytuację militarną Cesarstwa. Producent nie daje żadnej odpowiedzi na to pytanie. Co gorsza, materiały monograficzne — również. Ponieważ w chwili zakończenia wojny, w hali produkcyjnej zakładów Nakajima znajdowało się już 25 sztuk samolotów Kikka, aż trudno uwierzyć, że niczego na ten temat nie udało się ustalić.
Kalkomanie
Arkusz kalkomanii zawiera niewiele elementów, co wynika z faktu, że prototyp posiadał jedynie hinomaru (na sześciu pozycjach) oraz obrzeża „chodników”. Jak przystało na symbole malowane na ciemnym tle, „słoneczka” posiadają białe obwódki. Fine Molds rozwiązał tę kwestię przez naklejenie czerwonych kół na kołach białych. Z punktu widzenia technologii nakładania oraz grubości takowej struktury, nie jest to rozwiązanie optymalne. Choć jakość naklejek i kolorystyka wydają się dobre, chyba lepszym rozwiązaniem będzie ich wymiana na inne kalki „jednoczęściowe”. Samolot w hipotetycznym malowaniu bojowym posiada także biały numer taktyczny „724-12” oraz metryczkę wytwórni, malowaną po lewej stronie, ogonowej sekcji kadłuba. Arkusz uzupełnia, wspomniana już kalkomania z rysunkiem przyrządów pokładowych.
Zestawy uzupełniające / korygujące błędy zestawu
Z przykrością stwierdzam, że żaden z czołowych producentów elementów waloryzujących nie podjął się uzupełnienia miniatury japońskiego odrzutowca. Jedynymi mini-zestawami wzbogacającymi model, są… produkty Fine Molds:
- Fine Molds (AC38) — Fototrawine pasy siedzeniowe pilota
- Fine Molds (AC47) — Toczona rurka Pitota
Osobiście, nigdy nie spotkałem tych wyrobów na polskim rynku. Ich użyteczność jest jednak wątpliwa. Rurkę wykonać możemy samodzielnie, pasy zaś dostępne są w dedykowanych zestawach, np.: Eduarda. Trochę szkoda, że japoński producent nie poszedł śladami Dragona, wrzucając takie maleństwa do standardowego zestawu. Jak na złość, najciekawsze uzupełnienie jakim jest metalowa miniatura silnika + żywiczne łoże, nie występuje w formie samodzielnej, a jedynie w komplecie z modelem, oznaczonym jako produkt FB10SP. Ta wersja modelu jest jednak obecnie prawie całkiem nieosiągalna.
Podsumowanie
Model samolotu Kikka zdecydowanie zasługuje na zainteresowanie. Dla zaawansowanych modelarzy stanowić będzie cenne uzupełnienie kolekcji, o ciekawą, historyczną konstrukcję. Mniej obyci z plastikową materią hobbyści mogą niestety czuć się nieco rozczarowani, głównie za sprawą słabego dopasowania składowych bryły płatowca. Innym podłożem rozczarowania może być cena, tradycyjnie bardzo wysoka w przypadku zestawów tego producenta. W ujęciu „ze sklepowej półki”, waha się ona (w zależności od lokalizacji), od 130 do 150 PLN. Jest to dla wielu z nas, poważny argument na NIE. Swój model kupiłem za ok. 80 PLN (Allegro), po prawie trzyletnim wyczekiwaniu na okazję. Nie bez znaczenia był tu okres urlopowy, skutkujący mniejszą konkurencją ze strony innych licytujących. Ponieważ jednak lato w pełni, kończę niniejszą recenzję, życząc wszystkim kolegom owocnych łowów na miniaturę pierwszego japońskiego odrzutowca. Zaręczam, że pomimo wszystko – warto.
Literatura
- Robert C. Mikesh Nakajima Kikka, Close-up #19, Monogram Aviation Publications, 1979
- Tadeusz Januszewski Lotnicy śmierci i ich samoloty, Wydawnictwo Lampart, 1993
- Tadeusz Januszewski Japońskie samoloty marynarki 1912-1945, Wydawnictwo Lampart, 2000

































