1/48 Messerschmitt Me 163B-1a Komet – Revell #04546

Metryczka zestawu
- Pełna nazwa zestawu: Me 163 B-1a Komet
- Producent: Revell
- Nr katalogowy: 04546
- Liczba i rodzaj elementów: 73 z szarego tworzywa, 4 przezroczyste
- Schematy malowań:
- biała „54”, 6./JG 400, lotnisko Husum, maj 1945 r.; schemat malowania: RLM 81/82/76/75
- biała „18”, 2./JG 400, lotnisko Brandis, lato 1944 r.; schemat malowania: RLM 81/82/76/75
Opis szczegółowy
Model będący bohaterem niniejszej recenzji z całą pewnością nie jest nowością, nie należy także do produktów ostatnich lat. Jest on natomiast prawdziwym weteranem światowego rynku modelarskiego. Został wprowadzony na rynek, mniej więcej w połowie lat osiemdziesiątych przez japońską firmę TriMaster. Jakość jego wykonania szokowała wówczas odbiorców, a uzupełnienie plastikowych detali o elementy trawione i wykonane z białego metalu, utorowało drogę późniejszym zestawom multimedialnym i otrzymało miano: Hi-tech.

Kilka lat później, formy TriMastera przejęte zostały przez Dragona, dzięki czemu zestawy Me-163B oraz Me-163S trafiły wreszcie w spragnione ręce polskich modelarzy.

Również firma Revell włączyła się w proces sprzedaży miniatury, konfekcjonując i dystrybuując Kometa. Z tym właśnie produktem, stajemy obecnie „oko w oko”.
Opakowanie
Wykonane z dość wiotkiej tektury, otwierane na boki pudełka Revella, są doskonale znane modelarskiej braci. W przypadku „dużych formatów” jak np.: Me-410, Ta-154 czy Helldiver tego producenta, konstrukcja takowa jest – delikatnie rzecz ujmując – raczej nie do końca szczęśliwa. Jednakże w odniesieniu do małego Messerschmitta, całkiem dobrze spełnia swoje ochronne zdanie. Tradycyjnie już, bardzo efektowna ilustracja, przedstawia Kometa przenikającego w głąb formacji obronnej amerykańskich Liberatorów. Rysunek przyciąga wzrok i sprawia, że pudełko wyraźnie rzuca się w oczy, pomimo swoich skromnych (jak na skalę 1/48) rozmiarów. W dolnym rogu ilustracji znajdziemy wyraźnie podkreślony napis Super Decal, który jest – jak to się przyjęło ostatnio mawiać – pewnym nadużyciem semantycznym (o czym dalej). Nie znajdziemy natomiast żadnej informacji o dołączonych elementach metalowych bądź foto-trawionych, co akurat pokrywa się z prawdą. Jest to bowiem główna cecha odróżniająca edycję Revella od pierwowzoru TriMastera i „kuzynów” z Dragona.
Wewnątrz opakowania znajdujemy dwie duże i trzy mniejsze ramki z szarego polistyrenu oraz rameczkę z oszkleniem. Każda ramka posiada własną, zgrzewaną torebkę z dość grubego, bezbarwnego tworzywa. Taka forma zabezpieczenia, doskonale chroni zawartość przed porysowaniem, lub uszkodzeniem w wyniku zaczepienia ramki o ramkę. Całość uzupełnia arkusz kalkomanii i instrukcja budowy miniatury.
Instrukcja
Instrukcja modelu jest najbardziej kontrowersyjnym fragmentem całego zestawu. Od strony merytorycznej jest skonstruowana zupełnie poprawnie. Otrzymujemy: w miarę ciekawy opis historii samolotu, szereg uwag i porad o charakterze ogólnym, pomocniczy szkic ramek wraz z numeracją części, listę niezbędnych farb, szczegółowy opis kolejnych czynności rozrysowany w aż 38 etapach oraz oba schematy malowania (w czterech rzutach każdy). Teoretycznie więc wszystko powinno być OK.
Tak jednak nie jest. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów, Revell – powszechnie uważany za światowego prekursora wielkoseryjnej produkcji plastikowych zestawów modelarskich – z uporem maniaka dołącza fatalne wręcz instrukcje. Jakość papieru jest absolutnie nie do przyjęcia, rysunki etapów budowy są małe i podle wydrukowane przez co miejscami nieczytelne, lista farb obejmuje jedynie numery emalii Revell, a właściwe pomalowanie modelu w oparciu o załączone schematy, jest zupełnie wykluczone. Innymi słowy, zbudowanie modelu z wykorzystaniem tego substytutu instrukcji jest oczywiście możliwe, ale po co tak się męczyć?
Największą bolączką są wspomniane schematy malowania. Przydadzą się chyba jedynie w charakterze informacji o miejscach rozmieszczenia kalkomanii. Wielka szkoda, gdyż proponowane kamuflaże należą do ładniejszych i ciekawszych „mundurków” Kometów. Wydedukowanie rozkładu charakterystycznych, drobnych plamek RLM 81/82/75 na kadłubie i stateczniku pionowym, malowanych bazowo barwą RLM 76, jest zupełnie niemożliwe. Co gorsza, schemat malowania górnych powierzchni płatów samolotu „54” jest całkowicie błędny. Wielka szkoda, gdyż był to egzemplarz o wyjątkowo interesującej i dobrze udokumentowanej historii, której warto poświęcić kilka zdań. Samolot ten wprowadzono do służby w JG 400 około połowy 1944 roku. Pomimo udziału w wielu akcjach bojowych, jakimś cudem dotrwał w nienaruszonej formie do końca wojny i został przejęty przez wojska amerykańskie w ramach Operacji „LUSTY” (LUftwaffe Secret TechnologY). Jako jeden z pięciu egzemplarzy Kometa przewiezionych do USA, brał udział w wielu prezentacjach zdobycznego sprzętu. W 1946 r. oznaczony kodem FE-495, wraz z drugim sprawnym Me-163 (FE-500) trafił do bazy Freeman Field, gdzie przeprowadzone miały zostać pełne testy lotne. Ponieważ jednak żaden z tych samolotów nie był w pełni sprawny, ex. „54” postradał swe skrzydła oraz część wyposażenia na rzecz FE-500. W latach 1947-49 biały „54” z ponownie skompletowanym płatowcem, trafił w ręce mediów, służąc m.in. w akcji werbowania ochotników do US Air Force. Jego bogata kariera zakończyła się w 1950 roku, kiedy to został rozebrany. Biała „18” również przetrwała wojenną zawieruchę, lecz jej los dopełni się na skaju macierzystego lotniska Brandis. Zdewastowany płatowiec, zniszczony przez zbieraczy pamiątek, został ostatecznie skasowany przez amerykańskie oddziały techniczne pod koniec 1945 r.
Podsumowując wyżej opisane zagadnienia, uważam że dobrym pomyłem byłoby zamieszczenie kolorowego schematu malowania choćby jednego z prezentowanych samolotów. Mógłby on zostać umieszczony np. na tylnej powierzchni pudełka, zamiast wątpliwej jakości materiałów reklamowych producenta.
Jakość części
Biorąc pod uwagę, że formy mają już swoje lata, miałem niejakie obawy co do jakości wykonywanych w nich części. Rzeczywiście, w przypadku drobnych elementów pojawiają się nadlewy tworzywa. Są one niewielkie i łatwe do usunięcia, choć zmuszają nas do delikatnego przeszlifowania praktycznie całej drobnicy. Nigdzie natomiast nie natrafiłem na efekt przesunięcia form, co niewątpliwie cieszy. Mogę także śmiało stwierdzić, że wiek form nie ma praktycznie żadnego negatywnego wpływu na elementy głównej bryły modelu. Mój „osobisty” zestaw pochodzi co prawda z roku 1999, ale widywałem także późniejsze egzemplarze i wydaje się, że formy musiały być okresowo regenerowane. Koledzy mający kontakt z oryginałami TriMastera oraz wczesnymi seriami Dragona, informowali o sporej ilości występujących w nich śladów po wypychaczach. W przepakach Revella oraz najnowszych reedycjach Dragona, zjawisko to prawie nie występuje, co zdaje się dodatkowo potwierdzać teorię o modernizacji form wtryskowych Kometa.
Modele Dragona nigdy nie słynęły z doskonałej „składalności”, spodziewałem się że podobnie będzie z zestawem konfekcjonowany przez Revella. Obawy okazały się jednak bezpodstawne. Przymiarka „na sucho” wykazała, że duże ilości szpachlówki i długotrwałe prace ścierne, nie będą konieczne. Jedynym fragmentem, w którym potencjalnie potrzebne będzie użycie „wypełniacza”, jest styk kadłuba i części ogonowej. Z nie do końca jasnych dla mnie przyczyn, jego podział został dość niefortunnie zaprojektowany – z oczywistych względów, adresatem niniejszej uwagi nie może być Revell. Trudności z poprawnym wykończeniem tej sekcji, nie należy jednak przesadnie demonizować.
Części wykonane z przezroczystego plastiku, to: osłona kabiny, okienka za plecami pilota, szyba pancerna i celownik. Tworzywo jest przejrzyste i krystalicznie czyste. Za jedyny, drobny mankament można uznać dość dużą grubość osłony kokpitu.
Wierność odwzorowania
Jak wspomniałem, z chwilą pojawienia się serii modeli Trimastera, świat modelarski przeżył prawdziwy szok. Dziś, rozpieszczani kolejnymi wyrobami Eduarda, Hasegawy, Tamiyi, Trumpetera, czy szeregu innych firm, podchodzimy do zagadnienia bez ówczesnych emocji. Niemniej jednak należy uczciwie przyznać, że omawiany zestaw broni się dzielnie. Wklęsłe, równe i delikatne linie podziałowe, nadal spełniają wymagania odbiorców. Podobnie rzecz się ma z powierzchniami krytymi płótnem. Szczególnie pieczołowicie odzwierciedlono wszelkie przetłoczenia, wyoblenia, drobne otwory czy wloty.
Powyższe uwagi odnoszą się w pełni do wersji Me 163 B-1a, czyli zgodnie z zawartością pudełka – samolotu z białym numerem „18”. W przypadku decyzji o wykonaniu białej „54” pojawia się problem innego rodzaju. Ten konkretny samolot reprezentował (wbrew tytułowi na pudełku) wersję B-0, co zostało nadspodziewane starannie opisane w szeregu publikacjach. Wersja ta stanowiła niejako ogniwo pośrednie, pomiędzy prototypami a maszynami seryjnymi. Z tego tytułu, trudno się doszukać dwóch identycznych Kometów B-0. Biała „54” odróżniała się od innych Me 163 następującymi elementami: powiększonymi okienkami za plecami pilota (charakterystycznymi gł. dla maszyn przeznaczonych do zaawansowanego szkolenia) oraz zmniejszoną osłoną luku amunicyjnego na grzbiecie kadłuba. Kolegom pragnącym wiernie oddać szczegóły tego egzemplarza, przyjdzie dokonać odpowiedniej korekty.
Ostatnia już uwaga związana z wiernością odwzorowania płatowca, dotyczy klap pod skrzydłowych, pełniących w istocie rolę hamulców aerodynamicznych. W oryginalnym płatowcu, były to hydraulicznie wychylane płyty, nałożone niejako na dolne poszycie skrzydła. W modelu odwzorowane zostały jedynie poprzez zaznaczenie ich obrysu, wklęsłymi liniami podziału, co nie jest zgodne ze stanem faktycznym. Mankament ten możemy oczywiście bardzo łatwo usunąć, doklejając na spodzie skrzydeł dwa odpowiednio docięte fragmenty cienkiej płytki polistyrenowej. Jednakże, w kontekście niezwykle dokładnie odtworzonej faktury powierzchni, zawierającej niemal wszystkie listwy, okucia czy wzmocnienia, jest to błąd dość zaskakujący, aby nie powiedzieć śmieszny.
Zgodność wymiarowa
Tradycyjnie, pierwszym moim krokiem była próba przeliczenia głównych wymiarów płatowca na skalę i porównanie ich z modelem. Próba całkowicie nieudana. Okazało się bowiem, że „rozrzut” gabarytów Kometa podawanych w rozlicznych publikacjach, dochodzi nawet do 20-30 cm ! Sporą rolę w tym procesie odegrały amerykańskie media, które w latach 1945 i 46 „skrupulatnie” fotografowały i mierzyły udostępniony przez Armię zdobyczny sprzęt, podając najróżniejsze dane. Wiele z tych parametrów zostało później opublikowanych również w Europie, po stosownym przeliczeniu z cali na centymetry – co dodatkowo powiększyło zamieszanie. Tym samym, prostą matematykę polegającą na dzieleniu przez 48, zmuszony byłem porzucić. Na szczęście dysponuję szeregiem planów tej niezwykle ciekawej konstrukcji, co umożliwiło mi w miarę wiarygodną weryfikację. W jej wyniku doszedłem do następujących wniosków: centralna i ogonowa sekcje kadłuba (począwszy od wręgi, do której mocowana była tablica przyrządów) leżą w planach bardzo dobrze. Odnosi się to zarówno do sylwetki jak i widoku góra/dół. Doskonale prezentują się płaty, których rozpiętość w przypadku modelu Revella jest większa zaledwie o 0,5-1mm w zależności od planów wykorzystanych do porównania. W szczególności, idealną wręcz geometrię mają wszelkie powierzchnie sterowe jak klapy, lotki czy sloty. Jedynym zauważalnym mankamentem zestawu, jest za mała średnica nosowej części kadłuba. Co więcej, proporcjonalne zmniejszanie tejże średnicy ku przodowi , skutkuje zbyt małą długością samego kadłuba. Różnica nie jest duża (ok. 2-2,5 mm) i należy się dobrze zastanowić na celowością poprawy tego parametru. Korekta nie należy bowiem do najłatwiejszych, a ewentualne wątpliwości co do wiarygodności planów działają raczej na korzyść zestawu. Do innych, drobnych różnic należy moim zdaniem podchodzić z wielkim dystansem. Komety de facto nigdy nie były budowane w dużych seriach, a szereg zmian wprowadzano doraźnie, stosownie do informacji napływających z ośrodków testowych i jednostek bojowych. Pojawiały się zatem istotne różnice nawet pomiędzy egzemplarzami tej samej partii produkcyjnej.
Wyposażenie
Drobne detale, czyli to „co tygrysy lubią najbardziej”, stanowią lwią część prawie osiemdziesięciu elementów zestawu. W przypadku Kometa, składają się głównie na wyposażenie kabiny pilota oraz luku płozy do lądowania i wózka startowego. Mechanizacja, dość skomplikowanego systemu wypuszczania płozy, została odwzorowana bardzo dobrze. W pudełku znajdziemy szereg elementów konstrukcyjnych układu oraz świetnie wykonane ścianki luku. Całość została zaprojektowana w taki sposób, aby zapewnić możliwość ruchomej instalacji modułu w gotowym modelu, pozwalając na wysuwanie i chowanie płozy. Nie wiem jak ten patent sprawdzi się w praktyce, sam pomysł jednak, godny jest odnotowania. Z racji niewielkich rozmiarów modelu, wgląd w pieczołowicie wykonane elementy mechanizacji (w przypadku typowej ekspozycji miniatury), będzie jednak mocno utrudniony. Pozostaje nam zatem głównie satysfakcja, że wewnątrz jest praktycznie wszystko co być powinno.
Inaczej natomiast przedstawia się sprawa wnętrza kabiny. Jej elementy, za sprawą dość szerokiego obrzeża osłony, są wyjątkowo dobrze widoczne. I tu jednak zestaw nie zawodzi. Bardzo ładnie wykonano takie detale jak: fotel pilota, drążek, tablica przyrządów płyta pancerna z zagłówkiem czy ożebrowanie przedziału za plecami pilota. Podobnie dobrze prezentują się panele na burtach kabiny. Do nielicznych mankamentów należą fatalnie odlane pedały orczyków oraz całkowicie płaska podłoga kabiny, nie posiadająca charakterystycznej faktury. Nieco spartańsko potraktowano także mocowanie przedniej ochronnej płyty pancernej. Jednakże ich prawidłowe wykonanie w technologii wtrysku, byłoby niezmiernie trudne. Edycje Dragona, posiadają na tę okoliczność niewielką blaszkę foto-trawioną. Innym, dopełniającym obrazu szczegółem, jest dołączenie drabinki i figurki wspinającego się do kabiny pilota. Projektant nie poszedł na łatwiznę, „ubierając” figurkę w charakterystyczny dla pilotów Messerschmittów Me-163 kombinezon, mający chronić przed żrącym działaniem oparów paliwa rakietowego T-Stoff i C-Soff. O precyzji odzwierciedlenia drobnych różnic konstrukcyjnych, świadczy także fakt, dołączenia dwóch typów kółek ogonowych (z osłoną i bez), które możemy zabudować w postaci wypuszczonej lub złożonej. Do dyspozycji mamy także doklejane owiewki szczelin upustowych dyszy silnika, które pojawiały się na niektórych egzemplarzach Kometów (np.: na oferowanej, białej „54”). Reasumując: „w temacie” drobnych detali, zestaw prezentuje się bardzo atrakcyjnie. Ewentualnej wymiany, bądź uzupełnienia we własnym zakresie, wymagać będą jedynie takie elementy, jak: orczyki, podłoga kabiny, pasy pilota (dodane do zestawu jedynie w formie kalkomanii), mocowanie szyby pancernej oraz przewody instalacji paliwowej widoczne w kabinie, których w zestawie nie znajdziemy.
Kalkomanie
Kalkomanie, sygnalizowane na pudełku napisem „Super Decal”, w zasadzie niczym szczególnym się nie odznaczają. Prawdą jest jednak, że w stosunku do grubych, twardych i głęboko matowych naklejek, jakimi Revell długo męczył modelarzy, stanowią istotny postęp. Są to po prostu dobre kalkomanie, z dużą ilością napisów eksploatacyjnych, bardzo starannie wydrukowanymi godłami jednostek i prawidłowym nasyceniem barw. Nie posiadają najmniejszych przesunięć, a film jest cienki i pomimo upływu 9 lat od chwili wyprodukowania, nie zdradza tendencji do żółknięcia. Nie mogłem sobie odmówić małego testu ich właściwości mechanicznych. W jego wyniku stwierdziłem, że podatność kalek na działanie płynów zmiękczających jest znacznie lepsza niż niegdyś, choć nadal pozostawia nieco do życzenia. Użyty klej, jest natomiast bardzo dobrej jakości.
Zestawy uzupełniające / korygujące błędy zestawu
Na przestrzeni minionych lat, model doczekał się imponującej liczby dodatków. Bez wielkiej przesady rzec można, że gdyby użyć jedynie najciekawszych z nich, elementy zestawu stanowiłyby w gotowej miniaturze góra 15-20 %. Tworzenie pełnej listy mija się z celem, ograniczam się zatem do podania najpopularniejszych, bądź najłatwiej osiągalnych z nich.
- Aires (4088) – Me-163B Komet Detail set
- CMK (4069) – Me-163B Interior set
- CMK (4070) – Me-163S Conversion set
- CMK (4071) – Me-163B Detail set
- CMK (4090) – Schleuch-Schlepper for Me-163B
- Extratech (4809) – Walter Hwk 509 Engine set
- Eduard (48307) – Me-163B Komet
- Eduard (XF040) – Me-163 Komet Express mask
- Part (48071) – Me-163B Komet
- Squadron Products (9613) – Me-163B Vacuform canopy
W kwestii kalkomanii sytuacja przedstawia się zgoła odmiennie. Specjalistyczne firmy przygotowały wiele zestawów prezentujących ciekawe malowania samolotów niemieckich, a także zdobycznych: amerykańskich, brytyjskich, francuskich i radzieckich. Spotkać można było propozycje kamuflaży Kometów muzealnych, a nawet malowania włoskie (hipotetyczne oznakowania jednostki, której sformowanie ponoć planowano). Problem w tym, że ww. produkty, są obecnie prawie całkowicie nieosiągalne. Co prawda pojawiają się czasami na rynku wtórnym (sprzedaż komisowa, Allegro, etc.), ale i tu sytuacja jest coraz gorsza.
Podsumowanie
Choć Kometowi TriMastera/Dragona/Revella „stuknęło” 20 lat, nadal jest bezwzględnie najlepszym zestawem tego samolotu w skali 1/48. Pomimo, że zestaw Revella nie jest obecnie produkowany, można go nadal spotkać na sklepowych półkach. Również Dragon dostrzegając niepodważalną rynkową dominację tej miniatury, stara się co jakiś czas wznawiać jego produkcję. Ostatnia „odsłona”, datowana na przełom 2006/2007 r. zaowocowała dość nietypową propozycją. Pudełko z zestawem o numerze katalogowym 5551 („Me 163B w/engine”) zawiera bowiem dwa komplety ramek z elementami kadłuba, dodatkowo uzupełnionych o wtryskowe detale silnika rakietowego Walter i dwie figurki obsługi (ramka „B” zapożyczona z modelu Ba 349A Natter, 1/48, tegoż producenta). Zdwojenie połówek kadłuba, służy w zamyśle ułatwieniu „prac chirurgicznych” niezbędnych przy budowie Kometa z zabudowanym silnikiem i zdemontowaną tylną sekcją kadłuba. Możemy więc ten sam model odnaleźć w pudełku Revella, Dragna i „Dragona w/engine”. Oferta Revella jest w tym towarzystwie najuboższa, nie zawiera bowiem elementów foto-trawionych, jest jednak prawie dwukrotnie tańsza od zestawu Dragona w podstawowej wersji.
Z tegorocznych zapowiedzi głównych graczy modelarskiego rynku, nie wynika aby dojść miało do detronizacji (jak to miało miejsce w przypadku Me 262, czy He 162 Dragona, zastępowanych w kolekcjach nowymi produktami firmy Tamiya). Tym bardziej, polecam ten zestaw, szczególnie że nie jest on trudny w budowie i nie powinien sprawić kłopotu, także mniej doświadczonym kolegom.
Literatura:
- Bartłomiej Belcarz / Robert Pęczkowski Me 163 Komet, Monogrfie Lotnicze #35, AJ Press 1997
- Przemysław Skulski Messerschmitt Me 163 Komet, Pod lupą #14, ACE Publication, Wrocław 2002
- Marek Murawski Samoloty Luftwaffe 1933-1945, Tom II, Wydawnictwo Lampart, Warszawa 1999
- Bartłomiej Belcarz Samolot myśliwski Messerschmitt Me 163B Komet, TBiU #141, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1990
- Marek Murawski Asy Lotnictwa #2, Oficyna Wydawnicza KAGERO, Lublin 2004
- S. Ransom / H. Cammann Me 163 Rocket Interceptor, Classic Publications England
- Mano Ziegler Messerschmitt Me 163 Komet Vol I, Schiffer Publications USA
- M. Emmerling / J. Dressel Messerschmitt Me 163 Komet Vol II, Schiffer Publications USA
- Nohara Shiwaku Me 163 & He 162, Aero Detail #11, Model Graphix

























